Reklama
  • Wtorek, 15 listopada 2016 (15:05)

    Czas do szkoły. Bezpiecznie oraz bez dźwigania

Szkoły i gminy winny zorganizować uczniom naukę i dojazd do szkoły tak, by zminimalizować trudności.

Córka Karoliny O. poszła w tym roku do pierwszej klasy. Kasia jest niedużą, drobną dziewczynką i jej mama nie wyobraża sobie, jak taki maluch będzie chodził do szkoły z wypchanym plecakiem. A wykaz rzeczy niezbędnych pierwszoklasiście, który dostała jeszcze przed wakacjami na wstępnym zebraniu rodzicielskim, był imponujący!

Karolina zadzwoniła w tej sprawie do kuratorium oświaty. Uważała bowiem, że większą część przyborów szkolnych uczniowie mogliby z powodzeniem zostawiać w placówce. Urzędniczka, która wysłuchała pretensji Karoliny, przytaknęła. – Ma pani całkowitą rację – powiedziała.

Szkoła nie może się wymigać

Reklama

I wyjaśniła mamie pierwszoklasistki, że szkoła nie tylko może, ale wręcz ma obowiązek zorganizować w placówce takie miejsce, w którym dzieci mogłyby zostawiać podręczniki.

– Oczywiście powinno być ono dobrze zabezpieczone przed kradzieżą – powiedziała kuratorka, najwyraźniej dobrze znająca życie. W ten sposób Karolina dowiedziała się, że szkoły muszą kupić i zamontować służące do tego szafki nie tylko w szkołach podstawowych, ale również w gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych.

– Rozmawiałam w tej sprawie z nauczycielką córki, ale usłyszałam, że szkoła nie ma pieniędzy ani dodatkowych pomieszczeń... Moja córka dźwiga więc ten plecak i z przerażeniem myślę o jej kręgosłupie – narzekała Karolina.

–  Radzę porozumieć się z innymi rodzicami i wymusić na dyrekcji, żeby zorganizowała miejsce na książki i inne przybory – przekonywała urzędniczka z kuratorium.

Dowóz to sprawa gminy

Karolina miała jeszcze jedno pytanie, bo oprócz zdrowia córki interesowało ją też jej bezpieczeństwo. Szkoła, do której zaczęła chodzić mała Kasia, znajdowała się niezbyt daleko, bo około półtora kilometra od jej domu.

Niestety, ruch na drodze, przy której mieszkali, był bardzo natężony i Karolina z przerażeniem myślała, jak jej dziecko będzie pokonywać tę trasę. – W pierwszej czy drugiej klasie sama będę ją wozić autobusem, ale co będzie potem? A jeśli wpadnie jej do głowy, żeby wracać z koleżankami na piechotę? – zamartwiała się.

– To zupełnie zrozumiałe, że się pani boi – westchnęła kuratorka. I wyjaśniła, że sprawą dowozu dzieci do szkoły Karolina powinna zainteresować gminę. – Bo to gmina powinna tak zorganizować sieć placówek oświatowych, aby wszyscy uczniowie mieszkający na jej terenie nie mieli do pokonania zbyt dużych odległości – dodała.

Karolina dowiedziała się, że odległość z domu do szkoły dla dzieci z klas od pierwszej do czwartej nie powinna być większa niż trzy kilometry. Dzieci w piątej i szóstej klasie oraz gimnazjaliści mogą do szkoły pokonać najwyżej cztery kilometry.

A jeśli droga dziecka do szkoły przekracza te odległości, gmina ma obowiązek zapewnić uczniom bezpłatny transport i opiekę w czasie przewozu. Jeśli zaś nie może tego zrobić, powinna zwracać uczniom koszty przejazdu środkami komunikacji publicznej.

Liczy się także bezpieczeństwo

Odległość z domu do szkoły była o połowę krótsza. Karolina wcale więc nie była zadowolona z tych wyjaśnień. – Odległość to nie jedyne kryterium, jakie gmina powinna wziąć pod uwagę – pocieszyła ją urzędniczka z kuratorium.

– Samorząd może zorganizować dowóz dzieci do szkoły także, gdy ta odległość jest mniejsza niż trzy kilometry. Z takim wnioskiem muszą jednak wystąpić rodzice maluchów. Karolina bardzo się tym zainteresowała. Postanowiła, że będzie chodzić do gminy, dopóki nie załatwi tej sprawy.

– I o co należy wnioskować? – dopytywała. – Trzeba złożyć wniosek, że droga jest co prawda krótsza, ale za to prowadzi przez ruchliwą arterię lub przy samej szosie – doradziła kuratorka. – Gmina na takie argumenty nie może pozostać głucha i przewóz powinna załatwić.

Natalia Kłoszewska

Twoje Imperium

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.