Reklama
  • Piątek, 26 lutego 2016 (09:05)

    Rodzice – nauczyciele - jak mądrze zbudować tę relację

Nauczyciel to ktoś, kto zastępuje rodzica w szkole. Pozwólmy mu budować autorytet.

Reklama

Błędy, jakie popełniają rodzice, które utrudniają komunikację na linii rodzic-nauczyciel, to: wykłócanie się o lepsze oceny, beztrosko usprawiedliwiane wagary (w przypadku starszych dzieci), wymuszanie zmian na nauczycielu.

Złym pomysłem jest także, gdy rodzic, chcąc wyjaśnić jakąś sytuację, nie idzie bezpośrednio do nauczyciela, tylko uderza wprost do wyższej instancji, czyli np. biegnie od razu na skargę do dyrektora. Atmosfera od razu robi się napięta.

Gdzie dwóch się bije, tam trzeci... traci. Ten trzeci to nasze dziecko. Zadbajmy więc jako rodzice o porozumienie z nauczycielami. Nasz ekspert podpowie, jak.

Zbliża się koniec semestru, gorący okres w szkole. To czas wystawiania ocen, zebrań i często trudnych rozmów na temat naszych dzieci. Od jakiegoś czasu – jako mama 8-letniej uczennicy – obserwuję rosnącą wrogość, z jaką odnoszą się do siebie rodzice i nauczyciele.

Ci ostatni zarzucają nam roszczeniowość, arogancję, wkraczanie w ich kompetencje. My odpłacamy pięknym za nadobne: żalimy się na ich niekompetencję, niesprawiedliwość, frustrację; boli nas, że nie umieją zapanować nad trudnymi emocjami, więc krzyczą na nasze dzieci.

W tej sytuacji trudno o porozumienie, a na potyczkach rodzic-nauczyciel najbardziej cierpią uczniowie, o których zapominamy w ferworze sporów. Poprosiłam psycholog i psychoterapeutkę Martę Żysko-Pałubę, która pracuje na co dzień z dziećmi, rodzicami i nauczycielami, by podpowiedziała, jak dobrze ułożyć sobie te relacje. Czego mamy prawo oczekiwać od nauczycieli, czego wymagać, a kiedy im odpuścić i... zaufać.

ŚK: Kim mam być w relacji rodzic-nauczyciel: klientem, partnerem, negocjatorem?

KP: Przede wszystkim rodzicem! Ambasadorem swojego dziecka. Jego przedstawicielem w kontaktach z nauczycielem. Kimś, kto mówi: „kochanie, jeśli potrzebujesz wsparcia, to ja w twoim imieniu będę z nauczycielem rozmawiała”.

Ale nie kimś, kto ślepo i za wszelką cenę będzie dziecka bronił! Pierwszy błąd, jaki pojawia się w kontaktach rodzic-nauczyciel i który najczęściej prowadzi do konfliktowych sytuacji, to robienie ze swojego dziecka posłańca. Rodzice, może nieświadomie, proszą dzieci, żeby w ich imieniu coś z nauczycielem załatwiały, negocjowały.

Np. dziewczynka wchodzi do klasy i od progu woła do wychowawczyni: „Moja mama prosiła, żeby pani przekazać, że ja muszę siedzieć w pierwszej ławce”. Takim działaniem rodzic sam strzela sobie w kolano. Po pierwsze, dziecko rozwija w sobie postawę roszczeniową, czuje, że ma za plecami rodzica i mówi jego głosem, więc w związku z tym może więcej.

Po drugie, sprowadza na siebie niechęć nauczyciela, który jest poirytowany, bo nie bardzo wie, co z tą informacją zrobić. Przecież nie ma partnera do odpowiedzi! Nie może bawić się z dzieckiem w głuchy telefon i odpowiedzieć: „Przekaż swojej mamie, że…”. Nie będzie z uczniem negocjował zasad, jakie ustala w klasie.

Dlatego ważne jest, by to rodzic sam omawiał z nauczycielem wszystkie kwestie dotyczące dziecka i ufał mu – nie korzystamy z pośrednictwa dzieci. To podstawowy krok do zbudowania prawidłowej relacji.

ŚK: Czy w drugą stronę też to działa?

KP: Jak najbardziej. Nauczyciel też nie powinien przez dziecko przekazywać informacji w rodzaju: „Przekaż mamie, że w związku z twoim złym zachowaniem na korytarzu, od dziś masz karę i nie możesz wychodzić na przerwę”. Jeśli dziecko pozwala sobie na zachowania, które wymagają interwencji nauczyciela, to zawsze powinien on wezwać rodzica i wyjaśnić, dlaczego podjął taką decyzję.

ŚK: Jak traktować szkołę: jak instytucję, która ma obowiązki wobec naszych dzieci czy jak drugi dom dla nich? Do instytucji mamy zwykle roszczeniowy stosunek i tak traktujemy nauczycieli. Wymagamy od nich kompetencji, skuteczności w działaniu. A może warto pamiętać, że po drugiej stronie też jest człowiek, który ma prawo mieć gorszy dzień?

MŻP: Szkoła po części powinna być instytucją, po części drugim domem naszego dziecka, które spędza tam wiele czasu. Powinno się czuć dobrze i bezpiecznie. Jeśli już miałabym wybierać, to bardziej skłaniałabym się ku instytucji, czyli miejscu, gdzie uczeń zdobywa jakąś wiedzę, kształtuje się. Obowiązują tu pewne zasady, są tu ludzie kompetentni, specjaliści. I tego mamy prawo wymagać.

O ile w domu mogą zagrać emocje, o tyle w szkole nie powinny one rządzić. Nauczyciele powinni umieć nad swoimi emocjami panować.

ŚK: Zdarza się, że na zebraniu nauczyciel podniesionym głosem deklaruje: „Jeśli oczekujecie, że przyprowadzicie do nas dzieci i my je wychowamy, to jesteście w błędzie! Od wychowywania jest dom, szkoła jest od nauki!”

MŻP: Ja bym z tym polemizowała. Według mnie szkoła nie daje uczniom tylko suchej wiedzy na temat historii, geografii czy matematyki. Jest także miejscem, w którym dzieci uczą się życia i współżycia społecznego. Mamy prawo oczekiwać od nauczycieli, że nauczą nasze dzieci nie tylko pewnych umiejętności szkolnych, poznawczych, ale i społecznych – rozwiązywania konfliktów, podejmowania ryzyka, wyzwań, radzenia sobie z porażką.

A więc pełnią także funkcję wychowawców. Owszem, nauczyciele (i rodzice) to tylko ludzie i są takie momenty, gdy jedna i druga strona może być przeciążona obowiązkami, osobistymi sprawami. Zawsze jednak należy pamiętać, że pośrodku jest dziecko! I w jego interesie leży jak najlepsza współpraca nauczyciela z rodzicami. Powinni oni dążyć do tego, aby współdziałać.

Gdy mamy sygnał ze strony dziecka, że coś złego dzieje się w szkole, jest jakiś problem z nauczycielem, zawsze starajmy się przyjść i spokojnie na ten temat porozmawiać.

ŚK: O ten spokój często jest trudno. Zwłaszcza gdy dziecko wraca ze szkoły i mówi: „Mamo, Sebastian uderzył mnie w brzuch, zwymiotowałem, a pani w ogóle nie zareagowała!”. W takiej chwili wszystko się w nas gotuje i najchętniej pobiegłybyśmy do szkoły z awanturą...

MŻP: Gdy naszym dzieciom dzieje się krzywda, włącza się nam instynkt obrońcy i jesteśmy gotowi na wojnę z nauczycielem. Ale uwaga. Jeśli mamy do czynienia z małymi dziećmi – szczególnie uczniami klas 1-3, powinniśmy być czujni. To taki etap rozwojowy w życiu dziecka, w którym silnie rozwija się wyobraźnia.

Dzieci opowiadają różne historie, często konfabulują, mogą wyolbrzymiać, i to nie jest nawet świadome kłamanie, żeby coś uzyskać. Po prostu tak żywo i emocjonalnie przeżywają świat! I potem z taką historią idą do domu.

Zawsze powtarzam rodzicom – wierzcie, bo nie macie powodu, żeby nie ufać, ale dzielcie takie informacje przez dwa. Najgorsze, co rodzic może zrobić w takiej sytuacji, to poddać się emocjom, z którymi przychodzi dziecko. Gdy naładowani złością pójdziemy do nauczyciela, będzie trudno o porozumienie. Skończy się pretensjami, krzykiem.

ŚK: To co najlepiej zrobić?

MŻP: Jeśli dziecko coś nam przekazuje i to budzi nasz niepokój, zawsze idziemy do szkoły, by to zweryfikować. Ale trzeba dać sobie chwilę na uspokojenie. Porozmawiać z dzieckiem, sprawdzić, czy sytuacja jest do końca prawdziwa.

Kolejnym krokiem jest wizyta w szkole i rozmowa z nauczycielem: pytamy co się wydarzyło, najpierw ustalamy fakty, potem stajemy w obronie dziecka. To buduje zdrową relację i procentuje.

ŚK: Zdarza się, że mamy poważne zastrzeżenia do metod nauczycieli. Czy mówić o tym w domu – przy dziecku?

MŻP: Tu jest trochę tak jak w małżeństwie. Nie jest dobrze, jeśli jeden rodzic źle ocenia drugiego w obecności dziecka. Tak samo nie jest dobrze, gdy przy dziecku źle mówimy o nauczycielu. Podważa to jego autorytet, którego dziecko potrzebuje, by czuć się w szkole bezpiecznie. Nie warto tego robić.

ŚK: Podam przykład z życia: 10-letni syn koleżanki ma dłuższe włosy. Nauczycielka – przy całej klasie – mówiła do niego „nasza Michalina” zamiast Michał. Ku uciesze dzieciaków. Chłopcu było przykro, że inni śmiali się z niego. W końcu poskarżył się matce. Jak powinna zareagować?

MŻP: To jest wyśmiewanie. Dziecko mogło się poczuć upokorzone. W takiej sytuacji nigdy nie bagatelizujmy słów nauczyciela, mówiąc: „Pani na pewno tylko żartowała”. Lepiej wytłumaczyć: „Być może to był żart, ale rozumiem, że jest ci przykro i czułeś wstyd przed całą klasa. Nie chcę, żeby ktoś się z ciebie śmiał”.

Wykazujemy zrozumienie dla dziecka, ale nie atakujemy nauczyciela. Mówimy: „Pójdę jutro do szkoły i porozmawiam z nauczycielką”, ale można też: „Synku, chciałabym, żebyś wiedział, co zrobić, jeśli taka sytuacja się powtórzy…”.

I to jest o wiele cenniejsze! Dlaczego? Bo zanim już rodzic wkroczy do akcji, dobrze by było, by uświadomił dziecku, że ono też ma swoje prawa. I że inni – także dorośli, także nauczyciele – muszą ich przestrzegać!

ŚK: Dziecko musi wiedzieć, że też może się samo obronić?

MŻP: Tak. Trzeba dziecku zasugerować, co zrobić. Np. „Powiedz nauczycielce: jest mi przykro, gdy pani tak do mnie mówi”. Jeśli to jest dojrzały, sensowny nauczyciel, to ugryzie się w język i przeprosi, powie: „Masz rację, to było nie na miejscu”.

Jeśli nie – wkracza rodzic. Prosimy nauczyciela o wyjaśnienia. Mówimy konkretnie, stanowczo i spokojnie, że nie życzymy sobie takich uwag pod adresem naszego dziecka. Bronimy je, stawiamy granicę.

ŚK: A jak reagować, gdy na zebraniu – na forum całej klasy – nauczyciel krytykuje nasze dziecko?

KP: Nauczyciel nie powinien publicznie, przy innych rodzicach, wypowiadać zastrzeżeń dotyczących zachowania ucznia. Rodzic czuje się wtedy upokorzony i reaguje złością. To rujnuje dobre relacje między nim a nauczycielem. Rodzic ma prawo domagać się od wychowawcy, by takie informacje przekazał mu na osobności.

Ale chcę zaznaczyć, że dla pedagoga też jest to trudne zadanie. Pracując z nauczycielami proszę ich, żeby przygotowując negatywne informacje dla rodzica, nie oceniali dziecka, tylko mówili o jego zachowaniu. Zamiast: „Państwa dziecko jest niegrzeczne, bo przeszkadza innym”, lepiej powiedzieć: „Państwa dziecko nie uważa na lekcji, często wstaje, rozmawia i przeszkadza innym”.

Ważne jest również to – i rodzic ma prawo tego oczekiwać – by nauczyciel powiedział, co zamierza z tym fantem zrobić. Lub też, jakie już podjął działania. Czyli: „Ponieważ córka nie uważa na lekcji, przesadziłam ją do drugiej ławki, bo mam ją na oku. Gdy widzę, że ma problemy z koncentracją, pozwalam jej wstać i zrobić 10 przysiadów”. Może też zapytać: „Jak państwo sobie w takich sytuacjach radzą?”.

Rolą nauczyciela jest informowanie, jak się zachowuje uczeń i jak on jako nauczyciel sobie z tym radzi. A nie zostawienie go w sytuacji: dziecko zachowuje się źle, proszę coś z tym zrobić! Gdy rozmowa przebiega w taki sposób, nawiązuje się porozumienie i chęć współpracy. Dorośli działają razem na rzecz dziecka, z korzyścią dla niego.

ŚK: To przykład idealnej rozmowy…

MŻP: Wiem, że nie zawsze tak to wygląda. Ale podkreślam: by rodzic i nauczyciel zbudowali pozytywne relacje – i jeden, i drugi musi wyjść z roli atakującego. Gdy za wszelką cenę chcą udowodnić swoje racje, tracą umiejętność słuchania. Słyszą to, co chcą usłyszeć, często tylko krytykę. Po to, by móc przeprowadzić kontratak.

W rozmowie z nauczycielem istotne jest, by skoncentrować się na znalezieniu rozwiązania, na którym skorzysta przede wszystkim nasze dziecko. Bo ono jest tutaj najważniejsze. Gdy skupimy się na tym celu, będzie łatwiej o porozumienie. Naprawdę nie trzeba być superpsychologiem lub pedagogiem, by umieć rozwiązać problem. Trzeba znać swoje dziecko.

Rozmawiała Agnieszka Namysł

Świat kobiety
Więcej na temat:nauczyciele | rodzice | KP | Nie | kim | kto | dziecko | Dziecko | dzieci | z

Zobacz również

  • Mój synek we wrześniu zaczął naukę w szkole, a już widzę, że sobie nie radzi. Bardzo mnie to martwi. więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.